Piękno Bez Iluzji, czyli rozmowy o skórze, które zmieniają perspektywę.

W branży Beauty co chwilę ktoś obiecuje nam „rewolucję” zamkniętą w eleganckim słoiczku. Jesteśmy zalewani komunikatami o natychmiastowych efektach, które mają wydarzyć się w jeden wieczór. W tym całym informacyjnym hałasie najłatwiej zgubić to, co najcenniejsze: spokój, rzetelną wiedzę i zrozumienie potrzeb własnej skóry.

Dlatego postanowiliśmy zatrzymać się na chwilę i porozmawiać o pielęgnacji bez filtra.

Zapraszamy Was do śledzenia cyklu rozmów z Magdaleną Kierwińską, właścicielką koszalińskiego studia BeautyHouse Magdalena Maluje.

Z wykształcenia farmaceutka, z pasji kreatorka kobiecego wizerunku, a z wyboru: edukatorka, która nie boi się mówić swoim klientkom „nie”. W swoim gabinecie stworzyła azyl, w którym zabieg jest jedynie wsparciem dla tego, co najważniejsze: codziennej, świadomej dbałości o siebie we własnym domu.

Vol.1

Powszechnie słyszymy, że dany produkt jest „idealny dla każdego”. Z perspektywy praktyka wiemy, że to niemożliwe: jak udaje się Pani zachować obiektywizm w świecie uniwersalnych obietnic?

Hasło „idealny dla każdego” brzmi doskonale marketingowo, ale w praktyce kosmetologicznej po prostu nie istnieje coś takiego jak jeden produkt „dla wszystkich".

Każda skóra jest inna: ma inną historię, inne potrzeby, inny poziom wrażliwości, inne tempo starzenia. Dlatego obiektywizm zachowuję przede wszystkim dzięki własnemu doświadczeniu, obserwacji i pracy z prawdziwymi klientkami, które maja realne problemy, a nie w oparciu o foldery reklamowe.

Zanim jakikolwiek produkt polecę klientce, zawsze patrzę na trzy elementy:
stan skóry tu i teraz, jej reakcje oraz cel, jaki chcemy osiągnąć. Ten sam produkt może być świetny dla jednej osoby, a zupełnie nieodpowiedni dla drugiej i to jest całkowicie normalne. Dodatkowo: bardzo intensywnie testuję produkty na własnej skórze. Dzięki temu wiem, jak zachowuje się po dłuższym czasie stosowania, a nie jedynie „pierwszego dnia po”.

Dla mnie prawdziwy profesjonalizm polega na tym, żeby nie sprzedawać marzeń, tylko realne rozwiązania, nawet jeśli czasem oznacza to powiedzenie: „to nie jest produkt dla Pani, ale mam coś zdecydowanie lepszego". 

W dobie wszechobecnych filtrów i retuszu, jak definiuje Pani autentyczność w relacji z klientką, która oczekuje spektakularnych efektów w krótkim czasie?

Dla mnie autentyczność zaczyna się od szczerości, nawet wtedy, gdy nie jest ona „instagramowa”. Żyjemy w świecie filtrów, wygładzeń i efektów „przed i po” w 24 godziny, ale skóra tak nie działa. To żywy organ, który potrzebuje czasu, konsekwencji i mądrej pielęgnacji.

W relacji z klientką zawsze stawiam na jasną komunikację: mówię, co jest realne, w jakim czasie i z jakim kosztem dla skóry. Jeśli wiem, że spektakularny efekt w kilka dni jest niemożliwy albo nietrwały, mówię to wprost. Wolę rozczarować realną zapowiedzią, niż stanem skóry po źle dobranej terapii.

Autentyczność to również pokazywanie prawdziwych rezultatów: zdrowej, mocniejszej, spokojniejszej skóry, a nie perfekcji z aplikacji. Dla mnie piękna skóra to taka, która dobrze funkcjonuje, a nie taka, która dobrze wygląda jedynie na zdjęciu.

Wielokrotnie sprawdziłam, że właśnie ta szczerość buduje największe zaufanie. Klientki wracają, bo wiedzą, że nie sprzedaję iluzji, tylko proces i realną zmianę.